W końcu biurokratyczny koszmar zdający ciągnąć się wieki dobiegł końca i przetransportowałam się ze skromnymi 33 kg do Mexico City! To właśnie stąd 'nadawać' będę przez najbliższe 3 miesiące. Aklimatyzacja przebiega pomyślnie, chociaż pierwsze dni bywają ciężkie, nie wiadomo gdzie jest supermarket, okolica wydaje się obca, ludzie zdają się patrzeć dziwnie.. Już sam widok miasta z okna samolotu nocą był imponujący, ale i odrobinę przerażał- lśniące światłami, położone na wzgórzach miasto wyglądało jak wielkie mrowisko. O-grom-ne mrowisko! Oswojenie się z tak dużym organizmem zapewne zajmie mi trochę czasu. Szczególnie, że powiedzenie "ale Meksyk" nie wzięło się znikąd.
Moje oldschool'owe spodnie, zgodnie z printem na nich, razem ze mną przeniosły się bliżej Californii i idealnie pasują do tak pstrokatego miejsca jak Mexico City. Póki co kilka fotografii z tzw. pierwszego wynurzenia, czyli zapoznania się z najbliższą okolicą, oraz bonus z tutejszego ELLE: stylówa na Fridę Kahlo- obowiązkowo!

foto_ Sol
pants_ Bald & Gold (Vintage)
blouse _ sh
jacket _ from Beijing
shoes _ vagabond
skull _ h&m




Tomasz Biskup